Imieniny: Elżbieta, Seweryn, Seweryna, Salomea, Matylda, Maksym, Faustyna, Paweł
<<< SZCZEGÓLNIE POLECAM
[ pokaz spis ]
Wspomnienia mogilskie Pani Marii Radoszek (82 lata)
wysłuchane i zapisane przez jej wnuczkę Aleksandrę Erbert – styczeń 2006 r. (obie Panie mieszkają obecnie we Wrocławiu).


Babcia urodziła się w 1924 r. w Mogile w domu przy ul. Stare Wiślisko 67 (wtedy Mogiła 10) -wspomina Pani Aleksandra Erbert z Wrocławia. Jej mama Marcjanna Siwek ur. w 1885 r. dwa razy wychodziła za mąż. Jej pierwszy maż, Piotr Pitra, po roku małżeństwa poszedł na wojnę, z której po 4 latach nieobecności już nie wrócił. Podobno bardzo się kochali. Z tego związku urodziło się dziecko, które niestety zmarło. Po 6 latach małżeństwa, Marcjanna Pitra ponownie wyszła za mąż w 1920 r. za Jakuba Radoszka, który miał wtedy 30 lat, ona 35. Mimo późnego (jak na współczesne nam czasy) wieku urodziła jeszcze 4 dzieci: Annę (1921-2004), moją babcię Marysię (1924), Jana (1925-2003) i Teresę (1927).
Dzieci chodziły do Szkoły im. Królowej Wandy w Mogile (obecnie chyba Zespół Szkół Specjalnych przy ul. Ptaszyckiego)). Tam babcia poznała wiele piosenek m.in.:

Nasze małe żołnierzyki
na placówkach stoją /x3
i śpiewają bolszewikom,
że się ich nie boją /x2
nic a nic.
Tam żołnierze zawodowi,
tu małe dzieciaki /x3
mają tylko do obrony,
ducha i kułaki /x2
Nic a nic.
A choć u nas nie ma broni
nawet i połowa /x3
będziem bronić choć pięściami,
a nie damy Lwowa /x2
Nic a nic.

Latem dzieci chodziły się kąpać w stawach rybnych znajdujących się na tyłach klasztoru cystersów. Nie wolno było tego robić, chociaż woda nie była tam głęboka. Przeganiał ich zawsze strażnik, który doglądał tego wszystkiego. Raz nawet zabrał ubranie babci koleżance i potem musiała go prosić, żeby jej zwrócił.
Wieczorem od strony stawów rozchodziło się po całej okolicy rechotanie żab.
Na roraty chodziło się do kościoła cystersów, przy którym znajdowało się seminarium. Trzeba było wcześnie wstawać, ale dziewcząt nie trzeba było do tego namawiać, bo w nabożeństwie brali udział studenci seminarium (alumni). Niektórzy z nich byli bardzo przystojni i niektóre panny upatrzyły tam sobie kandydata na męża.
Foto: obecny stan domu rodzinnego Marii Radoszek na Starym Wiślisku, w tle widoczne ruiny młyna Lelity

We wsi Mogiła były aż 4 młyny. Należały do: Lelity, Chwastka i Żabińskich, Klęko i tzw. „gwoździarnia”, przy której znajdowała się ochronka. Młyn Lelitów usytuowany był naprzeciwko domu babci. Do niego płynęła rzeczka (chyba Dłubnia), której koryto biegło zaraz koło domu Radoszków. Ojciec babci trzymał w tej rzece koła wozu, żeby się nie rozeschły. Kiedyś babcia założyła się z koleżanką, że po tym wozie wejdzie na środek rzeki. Wpadła jednak do wody. Nurt był bardzo rwący, bo zaraz dalej był mostek, olbrzymi spad i wielkie koła młyńskie z turbinami. Na szczęście zaraz przed mostkiem babcia zdołała się chwycić powbijanych do dna kołków.



Foto: Dłubnia w Mogile - zdjęcie ze zbiorów własnych autora - AŁ

Latem dziećmi Radoszków opiekowała się Małgorzata Konieczny. Była stara panną, ale miała dwóch synów: Wincentego i Józefa. Obu ich straciła na I wojnie światowej. Dostawała za to jakieś śmieszne pieniądze, chyba 13 zł, za które mogła kupić 13 kg cukru. Nie najlepiej wychodziła jej opieka nad dziećmi. Kiedyś babcia oparzyła się wrzątkiem w rękę i zamiast dać to miejsce pod zimna wodę to Małgorzata posypała je solą! Potem mama nosiła babcie na plecach do lekarza. W Mogile było ich dwóch. Jeden z nich nazywał się Białek i mieszkał koło szkoły.
Kolejny wypadek z udziałem Małgorzaty miał miejsce chyba w 1929 r. Wtedy do Mogiły na kopiec Wandy przyjechał Mościcki i cała wieś poszła oglądać to wydarzenie (również rodzice babci). Dzieci zostały z opiekunką. Wtedy to małego Janka kopnął w głowę koń. Podobno strasznie to wyglądało, bo w okolicy czoła w czaszce zrobiło się wgłębienie. Na szczęście wszystko dobrze się skończyło.

Bracia Lelonek, o których mówi Pan Hajto na stronie internetowej www.nhmz.go.pl, zostali zamordowani we własnym domu w czasie wojny. Podobno rozpoznali złodzieja (złodziejów?) i dlatego zginęli. Jeden z braci miał powiedzieć ”I ty mi to zrobiłeś? Ja bym cię poznał.” Słyszała to wszystko służąca, która zdążyła się schować na strychu. Bracia byli starymi kawalerami i mieli siostrę, która długo nie mogła wyjść za mąż nie dlatego, że była szpetna czy coś w tym rodzaju, ale dlatego, że jej matce żaden kandydat na zięcia się nie podobał. W końcu wyszła za mąż za Czorta. Nazwisko było niezbyt udane zwłaszcza, jeśli prowadziło się sklep, dlatego Czort zmienił nazwisko na Czowicki.


Na rogu Klasztornej i Ptaszyckiego stał dom Staszyszyna. Teraz biegnie tam linia tramwajowa. Staszyszyn miał siostrzeńca, którego koledzy byli Volksdeutschami. Musieli się czegoś o nim dowiedzieć, albo on im nieopatrznie o czymś powiedział, bo donieśli na niego Niemcom. Aresztowano go i torturowano. Wtedy wyjawił, że jego wujek trzyma na strychu broń. Staszyszyn trafił na Montelupich, skąd już nie wrócił.


Jedna z córek Lelity (tego co miał młyn), miała męża Marczyńskiego, który był pułkownikiem. Na niego też ktoś musiał donieść, bo przyjechali po niego Niemcy, ale zdążył się ukryć. Wobec tego zabrali jego żonę, która była w ciąży. Ponieważ Niemcy mielili we młynie zboże, po znajomości po 3 miesiącach udało się ją wydostać. Jednak jej męża aresztowano i zamordowano.

Druga córka Lelity wyszła za mąż za Siemka. Poznała go w Krakowie. Był I sekretarzem PPS. Po wojnie wyjechali do Wrocławia. Mieszkali przez 3 lata w willi poniemieckiej koło wieży ciśnień na Karłowicach. Potem przenieśli się do Warszawy. Babcia do nich przyjechała w 1946 r. Jechała pociągiem towarowym i nie siedziała w środku tylko całą drogę spędziła na buforze. Tutaj spotkała Karola Kozulę (mojego dziadka, przyjechał z Królina k/Lwowa)), z którym wzięła ślub w kościele św. Krzyża we Wrocławiu. I tak już tutaj została.

We Wrocławiu na cmentarzu Grabiszyńskim spoczywa Lelito Włodzimierz (brat Lelitówny), który ożenił się z dziewczyną z Krakowa i osiedlił we Wrocławiu. Marczyńska Zofia (żona zamordowanego pułkownika) też spoczywa na tym cmentarzu, a ich syn mieszka nadal w tym mieście.
Jakub Radoszek (ojciec babci) w 1943 r. trafił do obozu w Buchenwaldzie. Spędził tam dwa lata. Dożył końca wojny, ale 15.05.1945 r. zmarł na tyfus plamisty. Spoczywa na cmentarzu we Freising (kilka kilometrów na północ od Monachium).

Foto: Dłubnia w Mogile - zdjęcie ze zbiorów własnych autora - AŁ


: Reklama : Patronat : Autorzy : Copyright 2004 - 2009 © NHMZ : v3.3 :