Imieniny: Borys, Grzegorz, Urban, Magdalena, Magda
<<< SZCZEGÓLNIE POLECAM
[ pokaz spis ]
„Mieliśmy beztroskie dzieciństwo, chociaż się nie przelewało…” kolejne wspomnienia Pani Marii Kozuli z d. Radoszek
Mogiła lat 30-tych XX w., malowana wspomnieniami Pani Marii
/przekazane przez jej wnuczkę Panią Aleksandrę Erbert. Pani Maria Radoszek już gościła na naszej stronie - w marcu 2006 r. też zamieszczone były jej wspomnienia/.


Urodziłam się w Mogile. Przed wojną była to duża wieś oddalona 8 km od Krakowa. Teraz jest tutaj Nowa Huta. Z dawnej wsi niewiele pozostało domów, ale dwa kościoły się uchowały i szkoła. Jeden z kościołów to klasztor cystersów, drugi mały kościółek był naszą parafią lat dziecinnych.

Mój dom rodzinny też jeszcze stoi, chociaż już się chyli ku upadkowi (ma chyba więcej jak 100 lat). Nie wolno go jednak rozebrać, bo należy do zabytków. Wprawdzie już dawno zmienił właściciela, ale ja i moje siostry, gdy jedziemy odwiedzić brata i grób mamy naszej, to zawsze znajdziemy chwilę, żeby odwiedzić nasz domek, w którym nikt już obecnie nie mieszka. Mamy miłe wspomnienia z lat dziecinnych, gdy z całą rodziną mieszkaliśmy w nim.
Moja rodzina tzn. mama, tata, dwie siostry i brat. Najstarsza Hanka, potem Majka, Jasiek i Telka. Tak nas nazywali rodzice i koleżanki. Majka to ja. Nigdy nie lubiłam swojego imienia. Teraz mi wszystko jedno, już mnie to nie razi.
Dzieciństwo moje w domu to były najszczęśliwsze beztroskie lata, dokąd żyła mama.


~ : ~ : ~ : ~

W domu się nie przelewało. Ojciec był rolnikiem. Mieliśmy 7 mórg ziemi i z tego się utrzymywaliśmy. Chleba nam nie brakowało, ale nie zawsze był posmarowany. Nieraz w szkole zazdrościłam koleżankom z biednych rodzin, które dostawały darmowe drugie śniadanie – pajdę świeżego chleba ze smalcem i skwarkami. Tak lubiłam świeży kupny chleb, a te skwarki nigdy mi tak nie pachniały jak wtedy. Nasza mama piekła chleb raz na dwa tygodnie; sześć dużych bochenków, każdy z nich miał od trzech do czterech kilo. W drugim tygodniu po upieczeniu był już tak czerstwy, że ledwo dało się go ukroić. Cieszyłam się jak nam na przednówku, tzn. przed żniwami, zabrakło mąki na chleb i trzeba było go kupować w sklepie. Bardzo go lubiłam, bo zawsze był świeży. Naszego chleba nie zawsze nam starczyło do żniw, bo zaraz po żniwach rodzice chcąc coś kupić do domu czy coś z ubrania, musieli część zboża sprzedać lub ziemniaków, bo tylko z płodów rolnych były pieniądze (jednak nie zawsze ich wystarczało na wszystko).
Największą radość sprawiał nam odpust. Ściągały do nas wtedy piesze pielgrzymki z okolicznych wsi i Krakowa na tę uroczystość. Odpust trwał osiem dni i pielgrzymi nocowali w domach., które były bliżej klasztoru. U nas też byli. Pozjeżdżali kramarze ze swoimi akcesoriami na tę okazję, karuzelą i był nawet zwierzyniec z dzikimi zwierzętami. Kramy ciągnęły się wzdłuż całej ulicy po obu stronach. Dla nas to było wielkie wydarzenie. Tyle różnych zabawek, kołacze z serem, różańce z ciasta, różne świecidełka, no i te karuzele. Mogliśmy się chociaż napatrzeć do woli, bo na kupno nie było pieniędzy. Mama nam zawsze po jakimś drobiazgu kupiła, albo przewiozła na karuzeli, ale dla nas to i tak było za mało. Tyle różności na raz widzieliśmy raz na rok. Mogłam się na to wszystko gapić cały dzień, a tu trzeba było rano iść do szkoły, a po południu paść krowy. To było dla nas najgorsze. Biliśmy się z tego powodu.

Foto: ujście Dłubni do Wisły w Mogile - zdjęcie ze zbiorów własnych autora - AŁ

Nazwa naszej wioski „Mogiła” pochodzi stąd, ze mamy tu usypany kopiec Wandy, która (jak głosi legenda) nie chcąc zdrady dla ojczyzny skoczyła do Wisły i ma tutaj swoją mogiłę.
Wisła jak płynęła tak płynie dalej koło naszej wsi, tylko prawdopodobnie przesunęła nieco dalej swoje koryto. Środkiem wioski płynęły jeszcze trzy rzeki, które swoje ujście miały w Wiśle. Jedna z nich nazywała się Dłubnia. Prawdopodobnie wydłubali ją cystersi, stąd ta nazwa.



~ : ~ : ~ : ~

Miejscowość, w której się urodziłam to nie była wieś deskami zabita. Mieliśmy (jak wspomniałam) dwa kościoły, cztery młyny zbożowe, nową szkołę, pocztę, stację kolejową, cztery sklepy spożywcze, dwie jatki z mięsem i wędlinami, posterunek policji, no i cmentarz. Przy klasztorze była też sala teatralna i seminarium duchowne, w którym studenci uczyli się na księży. Oni właśnie urządzali i brali udział w przedstawieniach. Najbardziej utkwiły mi w pamięci jasełka. Na jasełka przyjeżdżali ludzie nawet z okolicznych wsi. Tak było przed wojną.


Foto: klasztor w Mogile od strony Suchych Stawów, wg pocztówki z początku XX w., ze zbiorów własnych AŁ

Nasz klasztor nie był biedny. Miał swój folwark, dużo ziemi ornej. Miał też nieduży lasek nad Wisłą i pięć stawów rybnych. Stawy te były koło naszego pola. Latem chodziliśmy się tam kąpać. Pilnował tych stawów „rybak”, tak go nazywaliśmy, bo nie tyle stawów ile ryb pilnował i często nas przepędzał (były to ryby hodowlane – karpie). Lubiliśmy tam chodzić latem wieczorem. Żabki kumkały w stawach. Wały odgradzały każdy staw, a na wałach w trawie rosło dużo kwiatków. Nasze pole od jednego stawu ogradzał tylko taki wał, więc rybak nie zdążył nas upilnować. Nim obszedł wszystkie stawy, myśmy zdążyli się popluskać i gdy nadchodził mieliśmy czas uciec na nasze pole. Miało ono swoisty urok. Z jednej strony pola płynęła rzeczka (ta, co koło naszego domu) z drugiej był głęboki rów, wał i staw, a z trzeciej strony wał i staw. Połowa wału należała do nas, a druga połowa do stawów. Na naszej połowie paśliśmy krowy. Trzeba je było trzymać na powrozie, żeby nie poszły „na pańskie”.
Latem nad stawy chodzili też się kąpać klerycy z klasztoru, a zimą, gdy stawy zamarzły, jeździli na łyżwach. My i inne dzieciaki jak nie było nikogo to ślizgaliśmy się na butach, bo łyżew nie było, albo przywiązywaliśmy patyk do buta i to były nasze łyżwy.
Latem chodziliśmy się też kąpać do Wisły (jak byliśmy starsi). Raz o mało się nie utopiłam. W czasie kąpieli wpadłam do jakiegoś dołka po sam nos. Z pomocą koleżanek ledwo się wygrzebałam. W naszej rzece koło domu też się raz topiłam. Nad Wisłę chodziliśmy przez lasek. Lubiłam tamtędy chodzić, chociaż można było drogą albo wałem. Wolałam jednak lasem. Miał on swój urok. Rosły w nim duże liściaste drzewa, było też dużo różnych krzewów. Między innymi były czeremchy. Gdy na wiosnę zakwitły, co to był za odurzający i upajający zapach. Do dzisiaj go czuję. Nigdy już później nie spotkałam tych krzewów. Pod drzewami rosły kaczeńce (mlecze?). Gdy wiosną zakwitły, było ich tak dużo, że prawie cała ziemia w lesie był a żółta, a ptaki tak pięknie śpiewały, że już nigdzie nie słyszałam tylu różnych treli.
W lasku tym na jednym z drzew była też przymocowana kapliczka Matki Boskiej, a wokół tej kapliczki była niewielka polana i kilka ławek z desek. Przez cały miesiąc maj odbywały się tam majówki, tzn. starsze dzieci i młodzież gromadziły się wokół kapliczki i śpiewały na cały głos litanię i różne pieśni do Matki Boskiej, a echo rozchodziło się po całym lesie. Mama nam kazała na majówki chodzić do kościoła, a nie do lasu. Kilka razy jednak udało nam się urwać zamiast do kościoła poszłyśmy do lasku, tzn. ja ze starszą siostrą i koleżankami.

~ : ~ : ~ : ~

W pamięci pozostały mi też łąki, które ciągnęły się ponad trzy km wzdłuż i wszerz Myśmy też tam mieli kawałek swojej łąki. Lubiłam chodzić przez te łąki do naszych ciotek. To były siostry mamy. Mieszkały w Czyżynach skąd również pochodziła nasza mama. Latem nad łąkami latały czajki. Lubiłam słuchać ich zawodzącego śpiewu. Było też dużo bocianów, które polowały na żaby, zwłaszcza koło stawu porośniętego szuwarami. Lubiłam też sianokosy. Gdy kosiarze kosili trawę to kosy brzęczały jak jakaś muzyka. Potem, gdy trawa wyschła, grabiliśmy siano i stawialiśmy w kopki. Kiedy siano było już dostatecznie suche, ojciec zwoził je drabiniastym wozem z zaprzężonymi końmi i wtedy mieliśmy wielką frajdę jechać na górze siana do stodoły.
Czyżyny były od naszej wioski oddalone o trzy km. Myśmy mieszkali po jednej stronie łąk, a ciotki po drugiej. W Czyżynach mieszkali też rodzice ojca i czterech braci. Jeden z nich, Stanisław Radoszek, był moim ojcem chrzestnym, a matką chrzestną była przyrodnia siostra mamy, Katarzyna Malinowska z domu Przeniosło. Mama i ojciec pochodzili z Czyżyn, ale mama pierwszy raz wyszła za mąż za Piotra Pitrę z Mogiły i tam już została. Tylko rok byli razem, bo on zginął na I wojnie światowej. Urodziła jego dziecko, ale ono też zmarło. Sześć lat była wdową. Potem wyszła za mąż za Jakuba Radoszka naszego ojca i tu tzn. w Mogile zamieszkali razem. Mama odziedziczyła pole i gospodarstwo po pierwszym mężu.

~ : ~ : ~ : ~

Czyżyny to rodzinna miejscowość naszych rodziców. Często tam chodziliśmy do naszych ciotek i wujków, zwłaszcza latem przez łąki, które tak lubiłam. Często o nich myślę i nie wiem, czy coś jeszcze z nich zostało. Wiem, że na części z nich wybudowano szpital i kilka bloków mieszkalnych, w związku z budową Nowej Huty. Były to tereny podmokłe, więc może całych nie zabudowali. Mam nadzieję, że jeszcze tam latem kiedyś przyjadę o ile zdrowie dopisze. Teraz mam 82 lata, córkę i syna, czworo wnucząt i pięcioro prawnucząt.
Wracając do wspomnień z dzieciństwa, żyliśmy beztrosko. Cieszyliśmy się najmniejszym drobiazgiem na św. Mikołaja, a potem na Święta Bożego Narodzenia - choinką. Cały miesiąc przed Świętami robiliśmy z bibuły ozdoby choinkowe, długie łańcuchy z papieru kolorowego, różne anioły i aniołki. Mieszkanie było małe, to ojciec nam choinkę wieszał pod sufitem niedużą, ale radość mieliśmy wielką.
Mama piekła buchty (ciasta) z makiem i podpłomyki z cebulą i olejem, bardzo je lubiliśmy. Podpłomyki to były takie duże placki z ciasta drożdżowego pieczone w piecu chlebowym, w którym mieściło się sześć chlebów. Piec chlebowy wybudowany był w sieni. Był murowany z cegły. Rozpalało się w nim słomą i patykami ogień i jak cegły w piecu rozgrzały się do białości, to się wymiatało popiół z pieca miotłą ze słomy i wsadzało się chleby, a wcześniej podpłomyki z makiem i cukrem.

~ : ~ : ~ : ~

Foto: Dłubnia w Mogile - zdjęcie ze zbiorów własnych autora - AŁ



Jak już wyżej wspomniałam, mieliśmy beztroskie dzieciństwo, chociaż się nie przelewało i nie zawsze mieliśmy chleb posmarowany, ale byliśmy zdrowi i wszystko nas cieszyło, zwłaszcza latem. Biegaliśmy na bosaka przez całe lato, a zimą bawiliśmy się w sąsiednim młynie z dziećmi młynarzy. Młyn należał do Lelity. Oddzielało nas tylko ogrodzenie.






Foto: Mogiła - okolice klasztoru- zdjęcie ze zbiorów własnych autora - AŁ


Zimą chodziliśmy też ślizgać się na stawy. Zimy były mroźne, nie takie jak teraz. Śnieg był po pas, tak że ojciec nas odwoził do szkoły dużymi saniami z zaprzężonym koniem. To dla nas była wielka frajda.
Wiosna była wcześnie. W marcu już biegaliśmy boso koło domu (do kościoła i szkoły oczywiście w butach). Mieliśmy też obowiązki w domu. Do nas należało pasienie krów, przez co zawsze się kłóciliśmy, kto ma dzisiaj paść. Zwłaszcza w niedzielę nie lubiliśmy tego zajęcia. Pomagałyśmy z siostrą w pracach polowych przy zbieraniu truskawek, a później przy wykopkach zbieraliśmy ziemniaki i buraki.
Wiosną, gdy wszystko się zazieleniło, chodziliśmy do lasku zbierać trawę dla krów. Nosiło się ją w takich dużych koszach. Krowy tę trawę bardzo lubiły i dawały po niej dobre mleko.
Gdy byliśmy jeszcze mali, opiekowała się nami taka obca „babcia”, która nie miała żadnej rodziny i gdzie były małe dzieci, to się nimi zajmowała. Pole i łąkę mieliśmy w kilku różnych miejscach, oddalonych od domu o trzy kilometry. Jak rodzice szli do pracy w polu to my zostawaliśmy pod opieką „babci Małgorzaty”.

~ : ~ : ~ : ~

Tak było do roku 1937. W tym właśnie roku skończyłam szkołę podstawową, kiedy zmarła nam mama. Miała tylko 52 lata. Chorowała na nerki i astmę. Nie była leczona, bo rolnicy nie byli ubezpieczeni, a prywatnie nie było ich na to stać. W naszej wiosce był lekarz, ale leczył tylko prywatnie. Ze śmiercią mamy nasze życie beztroskie się skończyło. Najstarsza z nas miała 16 lat, ja miałam 13, brat -12, a najmłodsza siostra – 10. I tak zostaliśmy wszyscy osieroceni.


Maria Kozula (z d. Radoszek)

marzec 2007 r.


: Reklama : Patronat : Autorzy : Copyright 2004 - 2009 © NHMZ : v3.3 :