Imieniny: Anatol, Sędzimir, Feliks, Rafał, Edmund, Edyta
<<< SZCZEGÓLNIE POLECAM
[ pokaz spis ]
Rozmowa z Panem Franciszkiem Szafrańcem (95 lat), najstarszym mieszkańcem Mogiły.
Rozmowę z Panem Franciszkiem Szafrańcem (ur. w kwietniu 1910 r. w Mogile) przeprowadziłem w styczniu 2005 r., uzupełniona została w czerwcu 2005 r. W rozmowie towarzyszył nam Pan Stefan Żelichowski (74 lata) – też od urodzenia jest mieszkańcem Mogiły.

Wywiad ten przeprowadziłem w ramach projektu „nowa_huta.rtf”, realizowanego przez Małopolski Instytut Kultury. Ukazał się on wraz z innymi bardzo ciekawymi tekstami o ludziach Nowej Huty w wydanej w marcu 2006 r. przez MIK "Księdze Uwolnionych Tekstów". Wejdź koniecznie na www.uwolnicteksty.pl


Oglądamy z Panem Franciszkiem jego zdjęcia przechowywane w tekturowym pudełku. Są tu fotografie z lat 30-tych przedstawiające różne orkiestry, w których grał oraz zdjęcia z lat 50-tych, gdy był listonoszem w Nowej Hucie.


AŁ – Zapewne jest Pan jednym z najstarszych mieszkańców Nowej Huty.
FS – Czy całej Nowej Huty to nie wiem ale w Mogile to tak. Urodziłem się w 1910-tym, w Mogile pod zaborem austriackim ale mam obywatelstwo Rzeczypospolitej Polskiej. Takie dostałem świadectwo obywatelskie jak szedłem do pierwszej pracy.
– Z zawodu jest Pan listonoszem, był Pan też strażakiem, ale Pana pasją była podobno muzyka.
FS - Najpierw byłem strażakiem a potem listonoszem. Remizę strażacką mieliśmy najpierw w starej Mogile, pod Kopcem, w baraku obok ochronki prowadzonej przez siostry. Tam niedaleko od bardzo dawna jest figura św. Floriana, patrona strażaków. Ten barak jeszcze chyba istnieje - obok dawnej gwoździarni (to ten duży budynek), później, ale jeszcze przed wojną, zamienionej na młyn. W baraku mieliśmy wóz strażacki konny, bo dawniej konikami się jeździło a motor czyli motopompa, był przenośny. Motopompa była później, przed samą wojną. Na wozie ją wozili ale z wozu się ją zdejmowało i do rzeki wsadzało. Węże się podłączało i „woda do przodu!”.






SŻ – Po wojnie, jak już się nie używało konnego wozu strażackiego, to strażacy ze Zgody chyba wzięli ten wóz i teraz stoi przed ich budynkiem.
FS – To była ochotnicza straż pożarna. Było nas może 15-tu, może i 20-tu. Później remiza była w starej szkole w Mogile. Stała ona w miejscu gdzie teraz jest warsztat naprawy samochodów, na rogu Klasztornej i Ptaszyckiego.
SŻ – To był budynek murowany, wysoki, piętrowy. Gdy wybudowali nową szkołę po drugiej stronie ulicy to w tym budynku była policja i Urząd Gminy. Na piętrze miał mieszkanie komendant policji.
A nową szkołę budowali jak wójtem był Tomasz Broda. To była 7-klasowa Szkoła Podstawowa w Mogile im. Królewny Wandy. W 50-tym którymś roku, gdy powstała Nowa Huta, to chcieli ją zburzyć ale nie zgodził się Kuba Broda, bo szkołę postawili rolnicy z własnych oszczędności za pożyczki które zaciągnęli w banku u Prażmowskiego i w kasie Stefczyka. To wtedy dali tam dzieci upośledzone. Przed wojną i po wojnie wszystkie głosowania i wybory to się tam odbywały.
– Wróćmy do czasów strażackich Pana Franciszka.

FS - W 1928 roku zacząłem grać w orkiestrze Ochotniczej Straży Pożarnej w Mogile. Zbiórki i próby mieliśmy w starej szkole. Na tym zdjęciu orkiestra strażacka prowadzi pogrzeb księdza Siedleckiego (strażacy w mundurach prowadzą kondukt pogrzebowy). On był szambelanem papieskim, dziekanem i proboszczem w Mogile. Idziemy drogą od kościoła parafialnego św. Bartłomieja na cmentarz. Na froncie jest Broda Teodor, oficer strażacki. Ja też jestem w tej orkiestrze. To było w 1935. Na pogrzebach graliśmy „Nad grobem matki”, „W mogile ciemnej śpij na wieki” i marsz żałobny Chopina. Ja to ćwiczyłem z ludźmi przez 2 godziny przed pogrzebem.
Orkiestra w Mogile utrzymała się od 28 roku aż do wojny, potem ludzie poodchodzili. Kiedyś powiedziałem, że podejmę się, żeby chłopców tu zwerbować ale muszę mieć pieniądze bo przecież trzeba kupić nuty. Instrumenty były jeszcze dobre.

Na zdjęciu orkiestry w Mogile z 1930 r. też jestem, ten młodzian, pierwszy po lewej w górnym rzędzie, to ja – miałem wtedy 20 lat. W straży grałem na tenorze ale jak przyszedłem na pocztę to z braku laku, bo tenory były już zajęte jak się przyjmowałem, no to brałem to co było. Dostałem waltornię zwaną rogiem. To jest instrument trudny do opanowania. A w ogóle to w domu grałem jeszcze na innych instrumentach – trąbka, mandolina.







- A na tym zdjęciu znowu jakiś pogrzeb.
FS - To jest pogrzeb w Mogile mojego kolegi z orkiestry. Zmarł syn Brody Tomka (on był wójtem) a jego syn, Karol, grał w orkiestrze. To zdjęcie ktoś robił od strony klasztornego muru, to jest pod Spółdzielnią. Ona była naprzeciw figury co stoi koło klasztoru. To jest rok 33.
Z orkiestrą chodziliśmy grać na Zmartwychwstanie w kościele Bartłomieja w Mogile. Wtedy grali Stelmachowski Władek, dwóch Marcinków, Wąsikowski Józek, Antoni Wąsikowski, Wach Kaziu, Bolek Skiba, Mędrecki Heniu, Makuła Jan i jeszcze inni. Grali też bracia Stefańscy – takie małe chłopaczki co ich wszystkiego nauczyłem, nuty też, bo nie znali. W starej szkole mieliśmy instrumenty, tam się próby odbywały a ja już wtenczas orkiestrą dyrygowałem. Ja się posługiwałem ołówkiem do dyrygowania to mi jeden z tych Stefańskich kupił taki elegancki ołówek w prezencie.
Jak kościół w Czyżynach przed wojną budowali to myśmy też tam grali mszę Hajden’a na poświęcenie kościoła.

W Bieńczycach też była orkiestra, mieli instrumenty i parę starszych ludzi ale to było w rozsypce. Kiedyś, jak wróciliśmy z mszy po Zmartwychwstaniu, to graliśmy jeszcze na podwórku przy szkole. Podeszło do nas dwóch z Bieńczyc, jeden z nich to był Ciepiela, i spytali który tu kapelmistrz. A Kaziu Stefański odpowiedział, że my nie mamy kapelmistrza. No to kto was uczy? A no pan Franek. Podeszli do mnie, że chcą porozmawiać abym przyszedł do nich i skompletował zespół. No to mówię, że w któryś dzień przyjadę do nich na rowerku bo nie będę tu w Wielką Niedzielę rano rozmawiał i targował się z nimi. No i tych chłopaczków z Bieńczyc też wyuczyłem grać. Na tym zdjęciu, chyba z 1936, jest ta orkiestra w Bieńczycach. Ten gość w środku, taki grubszy, to Ciepiela, a obok, w płaszczu to ja. Ciepiela był później wójtem w Bieńczycach a w czasie wojny w Mogile.

- A potem Pan wrócił do swojej orkiestry w Mogile ?

FS - No to ja i na Przewozie jeszcze byłem w orkiestrze. Grałem w trzech orkiestrach naraz: w Mogile, w Bieńczycach i w Przewozie. Mostu wtedy na Wiśle nie było tylko łódka. Jeden przewoźnik był na Przewozie a drugi tutaj. I przepływałem do nich grać. Z orkiestrą z Przewozu grałem też w Staniątkach na festynie. Na tym zdjęciu mnie nie ma (oglądamy zdjęcie orkiestry z Przewozu) bo ja tylko ich wspomagałem. Oczywiście jak była okazja to mogłem coś dorobić bo płacili mi za granie na takim festynie 8 lub 10 zł, różnie. A mój brat który woził wtedy piasek na budowę Osiedla Oficerskiego w Krakowie to też zarobił 10 zł ale za cały dzień wożenia.





- Tu piękne zdjęcie cyklisty, chyba jeszcze przedwojenne.
FS – To ja, jak uprawiałem sport. U nas w Mogile na odpuście był fotograf to zrobiłem sobie to zdjęcie z rowerem, na tle maty. Spodnie pompy – na rower były dobre. Do tego sweterek.
- Wróćmy do orkiestr.
FS - Jak byliśmy w orkiestrze w Bieńczycach to się kolegowaliśmy z Kotyzą bo on należał do KSM.
SŻ - KSM czyli Katolickie Stowarzyszenie Młodzieży.
FS - Ja nie należałem ale tam byli m.in. Kazek Broda, Tomek Broda, Stefan Żelichowski.
SŻ - Niemcy rozpirzyli wszystko. Po 45 roku KSM znowu powstał, były punkty w Bieńczycach, Czyżynach, Mogile. Działał do 50 roku. Podobno Kaziu Stelmachowski miał schować sztandar KSM-owski ale z nim się już nic nie zgada.
FS - Straż pożarna też mila sztandar – był u Brody Teodora a teraz u jego zięcia, Zawady, powinien być. U niego też jest sztandar PSL, zielony.
– Jak wyglądały pierwsze dni wojny na poczcie w Mogile?
FS – Na poczcie zacząłem pracować w marcu 39. Najpierw w urzędzie w Mogile. Jak wybuchła wojna ja miałem klucze od poczty. Gdy przyszedłem do urzędu było cicho, telefony nie dzwoniły, nikt nie przyszedł do pracy. Na 3 dzień przyszedł Niemiec. Ja po niemiecku nic nie umiałem. Porozumiewaliśmy się na migi i dzięki panu Kędzierskiemu, który był nauczycielem i umiał po niemiecku. Niemcy wezwali wszystkich pracowników do pracy. Po wybuchu wojny pracowałem jeszcze 3 miesiące jako listonosz. Potem zwolniłem się z poczty. Później moja historia wiąże się z Kotyzą, który organizował partyzantkę i był naszym komendantem.
SŻ – Pan Kotyza skończył szkołę oficerską przed samą wojną. Przed wojną pracował w kurii. Gdy wrócił z frontu organizował ruch oporu na tym terenie. I ja się wciągnąłem do tej organizacji. Tam był Marcinek, Staszyszyn, Malina.
Ten Jan Kotyza studiował w czasie okupacji i po okupacji skończył. Po studiach był w stopniu porucznika.
FS – On nas uczył przysposobienia wojskowego. Szkoda Kotyzy, jego tak męczyli, tak chodzili koło niego z UB. Ja się z nim później kontaktowałem bo chciałem, żeby mi potwierdzi moją działalność. Było tego 4 lata i 7 miesięcy. Działałem w Batalionach Chłopskich od czerwca 40-go do stycznia 45-go.
- Gdzie ta partyzantka działała.
FS - U Strychalskiego mieliśmy bibułę, chyba tam drukowali. Ten dom już nie istnieje.
SŻ - Telefon był u Lelity, bo w każdym młynie był telefon, i Staszyszyna. Stójka była pod Staszyszynem. Jak Niemcy jechali od Krakowa do klasztoru to u Wieczorka z domu widziało się ich. U Wieczorka nie było telefonu tylko podwórkami od domu do domu przechodzili do Staszyszyna a od Staszyszyna dawali wtedy znać telefonicznie do Lelity.
FS - Za okupacji w 42 roku zafasowałem wyrok. Siedziałem w Nowym Wiśniczu 2 lata. Ponieważ pochodziłem z roli to pracowałem w stajni. Spod celi wychodziłem do pracy. Ciężkie więzienie. Ucieczka przed końcem już, potem wąchałem trochę partyzantki. Z więzienia uciekło nas 3-ch ale już przy końcu, jak Ruski byli w Łańcucie. Jak Rosjanie podeszli do Łańcuta to cały majątek stamtąd Niemcy przewozili do Wiśnicza. Krowy, barany, świnie.

- Na innym zdjęciu tez orkiestra.
FS - To mój pierwszy występ jak przyjąłem się do pracy na poczcie w Krakowie, w 46 roku. Rozpocząłem pracę 1 kwietnia a 1 maja poszedłem grać na defiladzie, w orkiestrze pocztowej. Orkiestra miała specjalne mundury wyjściowe, do występów, na akademie, pogrzeby, defilady.

Tu stoimy przed gmachem Urzędu Pocztowego na Wielopolu (zdjęcie przed wejściem do budynku Poczty Głównej). To będzie początek mojej pracy czyli 46 lub 47. Nie wiem co to za uroczystość była, chyba zbierali pieniądze na odbudowę Warszawy.
- A kiedy Pan wrócił do pracy w Mogile?
FS – No to ja jeszcze trochę popracowałem w Krakowie. Proszę przeczytać (Pan Francuszek pokazuje mi napisany przez Wojewódzki Urząd Poczty swój przebieg pracy na poczcie). „...Po zakończeniu działań wojennych na nowo podejmuje pracę w resorcie łączności i pracuje w Urzędzie Pocztowym Kraków 1, pełniąc jednocześnie społeczną funkcję członka orkiestry przy Urzędzie Pocztowym Kraków 2....”
- A dlaczego Kraków 2?
FS - Bo my najpierw byli na dwójce, przy dworcu głównym, w pałacyku, tam próby były. Bo to było tak, w tym nieszczęsnym roku. Wszyscy doręczyciele mieli być blisko dworca. Chodzi o ten przerzut poczty, żeby to bliziutko było. Tam przy dworcu był budynek i my, listonosze, mieliśmy się tam mieścić. Nas na dworcu było przecież ze 120 osób. Tego budynku chyba teraz już nie ma. I był taki wypadek, że zaczęli remontować bo tam mieliśmy mieć salę doręczeń. I proszę pana już było prawie przygotowane, meble zaczęli zwozić, mieliśmy się wprowadzić i zawalił się dach. I co by było? Całe szczęście żeśmy się jeszcze nie przeprowadzili.

(Czytam dalej przebieg pracy Pana Franciszka): „ ...W roku 1953 otrzymał przeniesienie służbowe do Urzędu Pocztowego Kraków Nowa Huta, gdzie pracuje do chwili obecnej. Przez cały okres zatrudnienia jest pracownikiem wzorowym, dba o właściwe stosunki międzyludzkie wśród doręczycieli, jest inicjatorem różnego rodzaju czynów społecznych i zobowiązań. [...] Z jego inicjatywy zostaje utworzona Pracownicza Kasa Zapomogowo-Pożyczkowa przy Radzie Zakładowej przy OUPT Kraków 28 gdzie przez kilka lat jest jej przewodniczącym Zarządu. Przez kilka lat kadencji był mężem zaufania grupy związkowej na sali doręczycieli. Za zasługi dla Nowej Huty zostaje przyznana mu Odznaka Budowniczego Nowej Huty. Za osiągnięcia w pracy zawodowej dostaje odznakę 400 lat Poczty Polskiej, srebrną i złotą odznakę Przodownika Pracy Socjalistycznej, następnie zostaje odznaczony Srebrnym Krzyżem Zasługi. Za aktywną pracę w Związkach Zawodowych otrzymuje honorową Odznakę Zasłużony dla ZZPŁ”.
- Czy poczta na Willowym była jedyną pocztą na całą Nową Hutę?
SŻ - Tak, to była pierwsza poczta w Nowej Hucie. Wcześniej w Mogile była poczta w murowanym domu przy placu targowym. Nie tym pierwszym tylko w drugim, dom ma arkady. To było u Kędzierskiego a Kędzierska była nauczycielką. Jeszcze wcześniej poczta była u Józka Wąsikowskiego – z drugiej strony obecnej ulicy Bulwarowej. Ten dom jeszcze jest.
Między tymi domami była kiedyś karczma żydowska w domu kołodzieja co koła robił. Nazywał się Kawaler. Kościuszko tam zbierał chłopów mogilskich i namawiał ich do walki z Ruskimi. Chłopaki mówili, że w tej karczmie był na łańcuszku miedziany garnek i jak ten Żyd przychodził to mówił żeby mu piwa nalać. Budynek ten już nie istnieje.

- Na tym zdjęciu jest jeszcze nieotynkowany budynek poczty na Willowym.
FS - Tu stoją doręczyciele Urzędu Pocztowego w Mogile, tam już na Wandy. Wtedy całe to osiedle nazywało się Wandy. Trzeci z lewej to ja. Wcześniej tam był Dom Kultury na piętrze a poczta była tylko na dole. Ale w tym domu u Kędzierskiego było coraz więcej listonoszy i mało miejsca więc Gmina wyprowadziła Dom Kultury i przekazała nam piętro. Na dole już była poczta więc wzięliśmy resztę. To było około roku 53-go. Na piętrze było też mieszkanko, pokój służbowy. Mieszkał tam jeden z listonoszy, który pracował też jako stróż.







- Zdjęcie przedstawiające budynek poczty, ale już otynkowany, przed budynkiem stoi grupa listonoszy z torbami na ramieniu. Na który rok Pan to ocenia?

FS - To zdjęcie było robione może w 1955. Na tym zdjęciu ja jestem 3-ci z prawej. A ta jedyna doręczycielka to Tosia.










- Tu jest kilkudziesięciu pracowników na sali. Tylu ich było na całą Nową Hutę?
FS - W Krakowie było nas wtedy 110 na sali a tu jak przyszedłem do Huty to było 7-miu. To jest sala na piętrze i tu było nas 17-tu, to z Krakowa przeszedłem tu jak do nieba. Był taki cichy spokój. Jak z Krakowa przyszedłem do Huty to moja pierwsza robota była przy przegródkach.
Listy przychodziły do Urzędu w worku. Wysypują na stół i dzielacze wybierają listy, czytają adres i kładą do odpowiedniej przegródki w „szachownicy” podzielonej na osiedla. Listonosz, który chodzi na to osiedle bierze sobie ze skrytki listy, które do niego należą.
(inne zdjęcie) To już było jak przyszedł dyrektor Leja. Też jestem tutaj. Ten przemawiający. Byłem przewodniczącym Rady Zakładowej. To jest tak. W 77 roku, ostatniego kwietnia przeszedłem na emeryturę a w październiku dostałem zaproszenie na odznaczenie złotą odznaką za pracę dla miasta Krakowa. Tu dekoracja się odbywa
- A to gazeta z artykułem o Panu? Echo Krakowa z 20 lipca 1953 r. – dodatek „echo Nowej Huty”.
FS - A jest. A jakże.(czytam z gazety:) „Najlepszy nowohucki listonosz – Franciszek Szafraniec. Osiągnął on w I kwartale br. – przy doręczaniu przesyłek w swym rejonie – 202 % normy. Nie wystarczyło mu to jednak. Zobowiązał się więc podnieść w następnym okresie wydajność pracy o dalsze 3 proc. I zobowiązanie to przekroczył – wykonując średnio 208 % normy! Nie tylko w ten sposób zasłużył Szafraniec na uzyskanie odznaki przodownika pracy. Zaprojektował on także pomysłowe i usprawnienie, polegające na stosowaniu specjalnej pieczątki, która przyczyniła się do dokładnego adresowania przesyłek, usprawniła doręczanie i zmniejszyła ilość zwrotów. Szafraniec wyróżnia się również dużą ilością pozyskanych przez siebie prenumeratorów prasy i przoduje w pracy społecznej.”
- Na czym polegało przekraczanie normy przez listonosza?
FS - Listonosze dzielili się na miejskich i wiejskich. Ja byłem listonoszem miejskim. 2000 mieszkańców to była norma dla listonosza miejskiego. A na os. Zielonym było wtenczas 4000 mieszkańców więc to już jest 200 %. Ja byłem źróbek młody, chciałem zarobić przecież. Jeszcze doszły urzędy , sklepów też było dużo. Jako listonosz pracowałem 24 lata na os. Zielonym. Nosiłem listy z Urzędu na Willowym. Na początku była jedna poczta na całą Nową Hutę. Na początku jak przyszedłem tu do pracy na Wandy to było 7 listonoszy. Na poczcie co 3 lata przenosili listonoszy na inny rejon, żeby nie było kumoterstwa. To potrafili z Komitetu Osiedlowego przyjść do dyrektora z prośbą żeby „naszego” listonosza nie przenosić.
– Na Zielonym jeszcze nie było wtedy poczty?
FS - Na Zielonym była poczta ale ona zajmowała się tylko pocztą przychodzącą. Nasza poczta była oddawcza. Jak przychodziły listy ze świata to na Willowe bo u nas była rozdzielnia. Na Zielonym nie było listonoszy, oni tylko przyjmowali pocztę.
- Jakie Pan ma jeszcze dokumenty z tamtych czasów?
FS - Dyplom z okazji 10-lecia Huty Lenina. No cóż, tyle dorobiłem się na poczcie. Odznaka budowniczych Nowej Huty, Srebrny Krzyż Zasługi, Złota Odznaka za pracę społeczną dla miasta Krakowa. Życzenia od Związku Kombatantów, byłych więźniów politycznych – 2001 r.: „Potwierdza się, że pan Franciszek Szafraniec w latach walki zbrojnej z najeźdźcami, z honorem pełnił żołnierską powinność i uzyskał prawo do zaszczytnego tytułu ”.
Tyle się człowiek nauganiał a teraz, to wszystko za późno dla mnie. Tyle, że przynajmniej pamiętają. Cóż mi to daje jak już człowiek nad grobem. Ani już gdzie pojechać
- Proszę coś jeszcze opowiedzieć o Mogile z czasów przedwojennych.
FS - Ja kiedyś mieszkałem w lesie, bo tu lasy wycięto dopiero w 18 roku. Tu był wszędzie las a te tereny były klasztorne. Mój pradziadek miał tę działkę nadaną przez Cystersów. Nazywał się Szabelski. Służył na dworze przy klasztorze, bo przy klasztorze Cystersów był dwór czyli majątek. Stary Marcinek opowiadał, że klasztor miał 1000 mórg pola a cała Mogiła jako wieś miała 1001 morga. Czyli Gmina miała o 1 morg więcej?. On to wszystko wiedział bo był radnym w Gminie.
SŻ - Oni mieli majątek wszędzie. Folwarki mieli w Czyżynach, w Łęgu, od Bieńczyc, te pola to było wszystko klasztorne. W Pleszowie też coś było. W pałacyku były siostry.
Od Dąbia, od ul. Cystersów aż tu do Mogiły ciągły się pola klasztorne. I to było tak. Po drugiej wojnie światowej zostały zabrane im majątki, bydło, konie. I klasztor, chcąc żeby to ruszyło na przód no to musiał chłopom pomału dawać i tak wysprzedawali ludziom ziemię. Dali Cystersi te 2 morgi, 3 morgi , 5 morgów a gospodarz im dawał konie, krowy, cielęta, żeby wzbogacić majątek klasztorny.
FS - Jak byłem jeszcze chłopaczkiem to pamiętam jak górale, najczęściej z okolic Limanowej, przyjeżdżali na pielgrzymkę i przeprawiali się Wisłą od Przewozu na nasz brzeg. To były grupy 20 do 30 osób. Jak wyszli na brzeg to zatrzymywali się na Błoniach Mogilskich, które są przy drodze, kładli się krzyżem i witali kościół.
Największe pielgrzymki to były we wrześniu, na święto Podniesienia Krzyża Świętego. Wtedy z Krakowa dużo ludzi przyjeżdżało. Do stacji w Mogile 3, 4 dodatkowe pociągi z pielgrzymami przyjeżdżały. Też dużo przybywało z kieleckiego, pińczowskiego. W to święto tłumy były takie, że cala ulica Klasztorna była zabita ludźmi, od gościńca czyli tej drogi głównej aż po błonia. Kramy stały wzdłuż ulicy Klasztornej, różne orkiestry grały. To jeszcze po wojnie pamiętam tak bywało.
SŻ - A stacja kolejowa w Mogile stała trochę przed cmentarzem, na wysokości dzisiejszego banku.
Z tego miejsca, od stacji, zaczynała się droga do Bieńczyc, która szła po skosie, koło starej prochowni, aż do drogi kocmyrzowskiej. Tu gdzie teraz jest osiedle Szklane Domy zaczynała się prochownia. Od drogi w kierunku zachodnim szły wały otaczające prochownię i dochodziły aż do dzisiejszego Martena. Po prawej stronie drogi był krzyż, tam gdzie „szwedzki blok”. Pod koniec I wojny był wybuch w prochowni. Wtedy tylko ten krzyż ocalał co go w czasie drugiej wojny Ruski zwalili. Później Hajto z Bieńczyc zrobił nowy.
SŻ - W Bieńczycach między blokami, , przy drodze z Mogiły ale jeszcze przed Kocmyrzowską, stała kapliczka. Sawicki się nazywał gościu który mieszkał przy tej kapliczce. Tam był straszny raban bo wyrzucili go z domu gdy chcieli budować bloki. Kapliczki dobrze nie pamiętam ale był ceglany cokół i chyba 4 świętych, i krzyż na górze.
FS - Córka Sawickiego pracowała z panem Żelichowskim. Opowiadała, że nie chcieli się wyprowadzić bo to był nowy dom. Ale ojca zamkli a dzieci były małe.
- A jaka jest historia tej kaplicy w Lasku Mogilskim?
FS - Po wojnie z Krakowa jakiś facet przyjeżdżał co niedziela do Lasku Mogilskiego, pan Tadeusz, nazwiska nie pamięrtam. Upatrzył sobie najpierw wieszać obraz Matki Boskiej za ocalenie Krakowa i jego, w 45 roku. Przed wojną był obraz, taki zadaszony na drzewie. Ten pan Tadeusz był bardzo bogobojny i uczciwy. On zrobił małą drewnianą kapliczkę na drzewie, na dębie. Potem z dębu ją zdjął, na swój koszt odnowił i zrobił małą kapliczkę wolnostojącą, niedużą, ok.1,5 m wysokości, z obrazem Matki Boskiej. I tam z niemieckich pocisków artyleryjskich zostały zrobione dwa wazony na kwiaty z wygrawerowanym napisem ”Za ocalenie Krakowa”. Ta kapliczka zrobiona przez niego była dość długo, aż on zmarł. Ponieważ to był las klasztorny to klasztor się nią zaopiekował. W czynie społecznym robiliśmy tą dużą kaplicę, która jest teraz. Nie pamiętam w którym roku zaczęli ją robić. To mogło być w 76 lub 78 roku.

A tu obok, na Habinach koło jeziorka, gdzie kiedyś była cegielnia, stoi kapliczka a wokół niej 4 stare lipy. W lecie, przeważnie niedzielami, majówki się tam odbywają. (Habiny to okolice ul. Odmętowej i Zapusta w Mogile)
Z kolei bliżej klasztoru jest figura św. Jana - ta jest stara. Broda Teodor, dyrygent orkiestry opowiadał, że kiedyś zatrzymał się u niego pątnik, który powiedział, że pod tą figurą były zakopane pieniądze. Jeden z sąsiadów się dowiedział i którejś nocy chyba kopał pod nią ale czy coś znalazł? Później Tadek Stelmachowski zrobił tą betonową kapliczkę wokół figury św. Jana.

Na koniec naszej rozmowy Pan Franciszek wyjął trąbkę, założył ustnik i poprosił żebym spróbował coś zagrać. Ku mojemu zdziwieniu, mimo dmuchania w instrument, nie wydobywał się z niego żaden dźwięk. Wtedy pokazał mi „Szkołę gry na trąbce” i udzielił kilku wskazówek:
FS - Wargi trzeba wyćwiczyć. Ustniczek jest taki malutki. Język pracuje: tu tu tu tu, tu tu tu. Ja długo grałem i wyważyłem sobie przednie zęby, wyruszały się. Bo na siedząco to się dobrze gra ale jak się maszeruje .... no to zależy gdzie się maszeruje, jaka droga. Jak się idzie to jednak ten ustnik bije po zębach. Kto by nie miał zębów i języka to nie będzie grał. A wargi to się ma takie twarde. Żadna dziewczyna nie lubiła jak się ją całowało (tu zaśmiał się głośno). Żartuję.

- W czasie całej naszej rozmowy zawsze jest Pan taki pogodny, wesoły. Skąd u Pana tyle radości, optymizmu i pogody ducha?
FS - To już jest coś w człowieku, takie mam usposobienie. Ja się od młodości interesowałem muzyką. Muzyka zawsze dawała mi ukojenie. Pamiętam, kiedy byłem małym chłopcem, z ojcem zbieraliśmy siano na łące w sobotę przedodpustową. Łąkę mieliśmy w Czyżynach przy drodze. Kompania ludzi szła na odpust w Mogile a prowadziła ich orkiestra. Ta muzyka mnie podnosiła. Wieczorem poszedłem pod klasztor, pod dom w którym zamieszkali ci z orkiestry. Tam stałem i słuchałem a do domu wróciłem o wpół do dwunastej w nocy. Gdzie byłeś – spytał ojciec. Byłem muzyki posłuchać – odpowiedziałem. Ojciec mi nie uwierzył i przyłożył 3 razy pasem. Ale ojciec ze mnie muzyki nie wybił. Muzyka całe życie była we mnie.

/Pan Franciszek zmarł 10.09.2005 r. Niestety, na jego pogrzebie nie zagrała żadna orkiestra./


: Reklama : Patronat : Autorzy : Copyright 2004 - 2009 © NHMZ : v3.3 :